PARAFIA POSTOLISKA                      NUMER RACHUNKU BANKOWEGO 30124056311111001048075892
Życie Kościoła

Ks. Piotr Glas: Kościół ukrywa światło Prawdy. Dlatego musi się zmienić!
- Towarzyszy nam wiele znaków, które dowodzą, że pewna epoka się kończy. Ale nie martwmy się! Zachowajmy wierność Bogu – powiedział ks. Piotr Glas w wywiadzie, który ukazał się niedawno. Właśnie trafiła do sprzedaży nowa książka ks. Piotra Glasa „Ocalenie w Maryi”, którą znajdziesz tutaj.
Ksiądz Piotr nie ma wątpliwości, że takie znaki jak trwająca epidemia przyspieszają koniec pewnej epoki, w której wielu z nas dorastało. Zwraca uwagę, że wszystkim nam towarzyszy niepewność. – Nie wiem nawet, jak będzie wyglądało moje kapłaństwo i posługa w Kościele za parę lat. Wszystko w rękach Pana Boga – mówi kapłan.
Ksiądz Glas zapowiada głębokie zmiany w Kościele, które mają się dokonać w najbliższym czasie. W jego opinii światło Prawdy, jakie mają nieść kapłani, jest dzisiaj ukryte pod korcem.
- W obecnych czasach niemal na wszystko, a w szczególności na naukę moralną Kościoła, którą powinniśmy głosić światu jako kapłani, jest jakiś paragraf, określany czasami jako polityczna poprawność lub ewentualnie zarzuca się nam mowę nienawiści. Oficjalnie akceptowalne przez świat jest tylko takie nauczanie, zgodnie z którym trzeba wszystkich kochać, akceptować ich grzechy i błędy oraz wszystkim mówić jedynie o dobroci i miłości. Tak, to prawda, że Jezus wszystkich kocha, ale gdyby i On nie mówił ludziom całej prawdy, to nie byłoby zbawienia. A Jezus mówił ludziom nierzadko bardzo trudne słowa, karcił za brak nawrócenia i w ostrych słowach mówił czym grozi nieposłuszeństwo woli Ojca – powiedział ks. Glas.
W opinii księdza Piotra Glasa Kościół będzie się bardzo zmieniał, ponieważ obecnie stracił moralny autorytet u wielu ludzi. Jak jednak będzie wyglądał w najbliższym czasie? – Nie wiem nawet, jak będzie wyglądało moje kapłaństwo i posługa w Kościele za parę lat. Wszystko w rękach Pana Boga, ale myślę, że każdy z nas, już niedługo, stanie wobec bardzo wielu trudnych decyzji, trudnych osobistych wyborów – mówi ks. Piotr.
Te wybory mają dotyczyć decyzji o nawróceniu i wejściu „na drogę prawdziwej wiary”. Ksiądz Piotr uważa, że odmieniony Kościół może być dużo mniejszy, ale zachowana depozyt wiary. - Kościół mógłby być o wiele mniejszy niż obecnie, a równocześnie mieć większą moc oddziaływania na ten świat i ludzi. Ta mała reszta biblijna może stać się zaczynem i dokonać więcej dobrego przy współpracy z Łaską Boża – powiedział ks. Piotr. Dodał też, że „zmiany w nas samych są konieczne, aby przetrwać”.
Ksiądz Piotr Glas nie ma wątpliwości, że Matka Boża – także w tym trudnym czasie – czuwa nad Polską. – Przecież Wielka Pokuta, która odbyła się na Jasnej Górze kilka lat temu, nie wydarzyła się przypadkiem właśnie tam u stop Maryi, gdzie dziesiątki tysięcy ludzi padło na kolana z krzyżami w ręku, błagając Boga o przebaczenie naszych win i win naszych przodków. Mogło to przecież odbyć się w Warszawie, w Krakowie, na jakimś placu, w jakiejś hali, a jednak zostało ofiarowane Matce Najświętszej. Myślę, że to Ona jest tutaj główną Reżyserką i Scenarzystką tego, co dzieje się w naszym kraju. Naszym obowiązkiem jest teraz to, byśmy tego daru nie zmarnowali – powiedział duchowny.

Katolicy otwarci i „nowy wspaniały Kościół”. Bez księdza - i bez sakramentów.
Od 1700 lat nie zdarzyło się, by katolicy nie mogli uczestniczyć we Mszy świętej i przystępować do sakramentów. Obostrzenia nakładane przez państwa w związku z epidemią są dla wierzących olbrzymią tragedią. Okazuje się jednak, że wielu przedstawicieli tak zwanego katolicyzmu otwartego patrzy na ten dramat zupełnie inaczej. Ich zdaniem koronawirus może „uleczyć” polski katolicyzm, bo zrozumieliśmy, że ksiądz nie jest nam potrzebny do zbawienia, Bóg jest także poza kościołem, a oglądanie liturgii w telewizji jest nawet lepsze od realnego w niej uczestnictwa.
Tragedia? Nie dla wszystkich!
Niemal we wszystkich krajach świata cywilizacji chrześcijańskiej kościoły są w obliczu pandemii SARS-CoV-2 zamykane, a wiernym albo całkowicie odcina się możliwość uczestnictwa we Mszy świętej i przyjmowania sakramentów, albo przynajmniej poważnie ją ogranicza. W niektórych państwach obostrzenia wprowadzane są przez świeckie władze wbrew stanowisku biskupów, w innych to sami hierarchowie zamykają kościoły wyprzedzając posunięcia rządowe. Sytuacja jest oceniana bardzo różnie; niektórzy sądzą, że wprowadzane restrykcje są konieczne wobec zagrożenia zakażeniem, inni uważają, że kościoły potraktowano bardzo niesprawiedliwie, zwłaszcza w porównaniu ze zgodą państw na otwarcie sklepów czy funkcjonowanie zbiorowej komunikacji. Niezależnie od ocen zasadności podjętych środków zdawałoby się, że wszyscy katolicy uznają rzecz za tragedię i jeżeli nawet pogodzą się z niemożnością prowadzenia normalnego życia chrześcijańskiego, to uczynią to tylko z najwyższym bólem, gorąco wyczekując zmiany tej trudnej sytuacji.
Przecież jak przypominał św. Jan Paweł II w Ecclesia de Eucharistia, Kościół żyje z Eucharystii, a ustanowienie Sakramentu Ołtarza jest „momentem decydującym dla tworzenia się Kościoła”. Nie można lekceważyć jej wspólnotowego wymiaru. „Jak pokazuje codzienne doświadczenie, początkom rozdziału między ludźmi, tak bardzo zakorzenionego w ludzkości z powodu grzechu, przeciwstawia się odradzająca jedność moc Ciała Chrystusa. Eucharystia, budując Kościół, właśnie dlatego tworzy komunię pomiędzy ludźmi” - pisał papież, powołując się na słowa św. Pawła Apostoła: „Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa? Ponieważ jeden jest chleb, przeto my, liczni, tworzymy jedno Ciało. Wszyscy bowiem bierzemy z tego samego chleba (1 Kor 10, 16-17). Chrześcijanie, jak uczą Dzieje Apostolskie, od samego początku zbierali się na łamaniu chleba w pierwszym dniu po szabacie; Apostoł Narodów pouczał: „Nie opuszczajmy naszych wspólnych zebrań, jak się to stało zwyczajem niektórych, ale zachęcajmy się nawzajem” (Hbr 10, 25). Jak przypomniał niedawno kard. Walter Brandmüller krytykując zamykanie kościołów z powodu epidemii: w 304 roku skazano na śmierć 49 chrześcijan - tylko za to, że gromadzili się na niedzielnej Eucharystii. „Nie możemy żyć bez sprawowania celebry dnia Pańskiego”- mówił jeden z nich idąc na śmierć. Powtórzmy: nie możemy żyć bez sprawowania celebry dnia Pańskiego!
Niestety, te prawdy wydają się być dziś zapominane. Lektura mediów związanych z tak zwanym katolicyzmem otwartym pokazuje, że bardzo wielu katolickich publicystów i dziennikarzy, w tym księży, uważa epidemię koronawirusa za błogosławieństwo, które pozwoli katolikom w Polsce uzdrowić swoją „chorą” religijność i dostrzec, na czym tak naprawdę polegać winna wiara chrześcijańska. Poniżej prezentuję Państwu subiektywny wybór najbardziej znamiennych wypowiedzi z takich tytułów prasowych jak „Więź”, „Tygodnik Powszechny” czy „Deon”. Muszę przyznać, że choć już wcześniej podchodziłem do nich z bardzo poważnym sceptycyzmem, to lektura artykułów i komentarzy poświęconych epidemii koronawirusa wprawiła mnie wprawdzie osłupienie.
Brak Eucharystii „naprawi” polski katolicyzm?
Z zaskakującymi tezami o wpływie koronawirusa na religijność Polaków wystąpił na łamach „Więzi” ks. prof. Alfred Wierzbicki z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Kapłan ten w artykule z 16 marca przekonywał, że głębia naszej wiary nie zależą od „od wody święconej, Komunii ustnej, a nawet od obecności fizycznej na Mszy w skupiskach ludzi, którzy mogą zarażać groźnym wirusem”. Utrzymywał też, jakoby obecna sytuacja domagała się „ograniczenia nabożeństw, a nawet ich całkowitego publicznego zawieszenia”. Na tym jednak nie koniec. Ks. Wierzbicki stwierdził bowiem, co następuje:
„Zamknięcie kościołów, czy tylko ograniczenie dostępu do nich, paradoksalnie może być ozdrowieńcze dla naszej religijności, może pomóc nam odróżniać rzeczy istotne od wtórnych, odkrywać na nowo religijną tęsknotę i międzyludzką solidarność”.
Analogiczną narrację, tym razem na łamach „Tygodnika Powszechnego”, zaprezentował ks. Adam Boniecki. W tekście z 20 kwietnia pisał, że Polacy zaczęli korzystać z praktyk „w sposób magiczny”, a nasz katolicyzm „zdominowała obrzędowość”, która „ma niewiele wspólnego z wiarą”. Stąd, stwierdził kapłan, czas koronawirusa można potraktować „jako kurację z klerykalizmu”. „Nagle się okazało, że ksiądz nie jest nam niezbędnie potrzebny do zbawienia” - stwierdził kapłan.
Modlitwa do ekranu „doskonalsza” niż przed Najświętszym Sakramentem?
Popularne dziś oglądanie transmisji Mszy świętych nie może być rozumiane jako choćby substytut udziału w liturgii. Patrzenie w ekran, choćby nawet pobożne, nie jest uczestnictwem w Mszy świętej. Przypomniał o tym niedawno bp Andrzej Czaja z Opola, wskazując, że oglądanie na żywo celebracji Mszy to jedynie forma „duchowej łączności”, ale nic ponadto. Ba, przed zbytnim skupieniem się na transmitowanej liturgii przestrzegał nawet papież Franciszek, wskazując w jednej z homilii, że Kościoła i sakramentów nie da się przenieść do świata wirtualnego. Inne jednak zdanie mają na ten temat przedstawiciele katolicyzmu otwartego. W ich ocenie we Mszy świętej nie tylko da się uczestniczyć na odległość, ale podobne działania mogą nawet być doskonalsze i lepsze, od normalnego udziału w liturgii.
W cytowanym już tekście ks. Adam Boniecki przekonywał, że oglądanie Mszy jest równie dobre, co udział w niej. „Jeśli Eucharystia, przemiana chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa, jest działaniem Boga, to dlaczego ta sprawowana daleko od nas, w którą się włączamy duchowo, oglądając ją w telewizji, ma być mniej ważna od tej, w której uczestniczymy na miejscu, w kościele? Czy od Boga oddzielają nas ziemskie kilometry? Czy istotny jest zasięg głosu księdza, głośnika, a może miejsce w pierwszej ławce?” - stwierdził. „Nie musisz pędzić do kościoła – możesz uczestniczyć w mszy przy telewizorze. Nie musisz iść do spowiedzi – wzbudź w sobie żal za grzechy. Nie pędź do komunii – bo komunia to także pragnienie spotkania z Chrystusem” - przekonywał następnie.
Jeszcze dalej posunął się ks. Dariusz Piórkowski SJ. Na łamach portalu Deon.pl raczył napisać: „Eucharystia, którą oglądamy w mediach, dzieje się naprawdę i na żywo. To nie film czy sztuka teatralna. Słuchamy prawdziwego Słowa. Jesteśmy świadkami i uczestnikami religijnego wydarzenia”. I dalej: „Media dają nam możliwości, których wcześniej ludzie nie posiadali. Słowo Boże słuchane przez media może nas tak samo poruszyć jak Słowo słuchane w kościele. To wielkie dobrodziejstwo płynące z postępu technicznego” - przekonywał. Wreszcie padły słowa po prostu straszne:
„Oglądając Eucharystię za pośrednictwem medium audiowizualnego nie jesteśmy obecni tam fizycznie, ale możemy być obecni intencją, świadomością, czyli duchem. W pewnym sensie, jest to doskonalsza forma obecności”.
A zatem dla ks. Piórkowskiego „doskonalej” jest oglądać Mszę, niż w niej uczestniczyć? Trudno pogodzić się z tym, że tak głęboko niekatolickie i dramatycznie bolesne słowa przeczytać można na portalu jezuickim czytanym przez setki tysięcy katolików w Polsce…
W tę samą przedziwną narrację wpisał się też bp Adrian Galbas z Ełku. Hierarcha ten na antenie radia Siódma9 stwierdził, że „uczestnictwo we Mszy świętej w sposób pośredni przez transmisję” jest „wielką możliwością”, a ludziom trzeba tłumaczyć, że w niedzielę mają „nie iść do kościoła”, tylko Mszę oglądać, bo to jest jakoby „uczestnictwo we Mszy świętej, tylko w innej formie”. „Pójście do kościoła jest w tej chwili wbrew miłości bliźniego i wbrew miłości własnej” - stwierdził. Jego wypowiedź szeroko zacytował portal Deon.pl.
Wirtualizację życia kościelnego pochwalać też zdawał się ks. Wacław Oszajca SJ. Na łamach „Więzi” próbował wykazywać, że Komunia duchowa „stoi przed komunią sakramentalną, poprzedza ją i decyduje o jej skuteczności”; na łamach Deon.pl przekonywał też, że „zbawienie nie zależy jedynie, ani przede wszystkim, od chodzenia, czy niechodzenia do kościoła”. Pana Jezusa według jezuity „nie można zamykać w kościele, w obrzędzie, w liturgii”; także my nie możemy „siebie zamykać w obrębie świątyni, jak też doktryny”. W dobie koronawirusa „chrześcijański szabat” musi „ustąpić prawu miłości”, to znaczy: wierni nie mogą chodzić do kościoła. Powołując się na ks. Karla Rahnera ks. Oszajca deprecjonował Mszę świętą, pisząc, że jest to dzieło Kościoła tworzone oczywiście pod natchnieniem Ducha Świętego, ale też ducha czasu, ducha tego świata”.
Jakby tego było mało, „Więź” 30 marca nagłośniła homilię czeskiego ks. Tomáša Halíka, według którego choć nie chodzimy dziś do kościoła, to „ani o jotę nie jesteśmy chrześcijanami mniej”. Chodzenie na Mszę świętą jest bowiem „na pewno naturalne i dobre”, ale zarazem „jak widać, nie na tym stoi chrześcijaństwo”. Wreszcie nieco później, również na łamach „Więzi”, cytowany tu już ks. Dariusz Piórkowski SJ krytykował tych duszpasterzy, którzy za wszelką cenę starali się umożliwić wiernym dostęp do sakramentów. W jego ocenie tym, którzy próbują „ratować co się da”, tak naprawdę nie chodzi o „spowiedź i łaskę”, ale raczej o „lęk przed utratą czegoś, co sami zbudowaliśmy”. Według kapłana jest możliwe, że część wiernych już nie wróci do kościołów, ale lęk Kościoła o to odsłania jedynie „słabość wiary tych, którzy może już nie wrócą”. Dlaczego katolicki kapłan wyszydza tych, którzy na rozmaite nowatorskie i kreatywne sposoby wychodzą do wiernych?...
Przeciwko otwieraniu kościołów
Gdyby to miało zależeć od przedstawicieli opisywanego tu nurtu katolicyzmu, to otwarcia kościołów moglibyśmy się nie doczekać nigdy. Redaktor naczelny portalu Deon.pl Piotr Żyłka już na początku epidemii w Polsce ogłosił, że on do kościoła nie pójdzie; później obwieścił, że oglądał transmisję Mszy świętej celebrowanej przez abp. Grzegorza Rysia, a ten pouczał, iż „miejsce modlitwy nie ma znaczenia”. Wtórował mu Artur Sporniak z „Tygodnika Powszechnego”, który zamknięcie kościołów dla wiernych ocenił jako „zdanie egzaminu” przez polskich hierarchów. Na łamach tegoż samego tygodnika podobnie wypowiedział się Piotr Sikora. Dziennikarz przyznał, że Bóg wprawdzie „jest w Eucharystii”, ale przecież „jest też poza nią”; dlatego dzisiaj „nie ma powodów, by ryzykować życie i zdrowie, gdy cały czas jest dla nas dostępny”.
Z pomocą pospieszył zwolennikom zamkniętych świątyń kandydat na prezydenta RP, Szymon Hołownia. Już 12 marca polityk nawoływał do udzielania Komunii świętej tylko na rękę oraz zachęcał, by „kto nie musi” nie szedł do kościoła. Twierdził też, że państwo polskie może zamknąć kościoły samodzielnie na podstawie konkordatu; taki krok Hołownia uznawał zresztą za rozsądny, bo „sytuacja epidemiologiczna może być różna”. Po świętach Zmartwychwstania Pańskiego retoryka Hołowni zaostrzyła się. Na Twitterze bardzo ostro skomentował apel abp. Stanisława Gądeckiego skierowany do premiera Mateusza Morawieckiego o poluzowanie restrykcji nałożonych na kościoły. Hołownia wyznał, że gdy to słyszy, to „zaczyna się w nim gotować”, bo przecież otwarcie kościołów „nie pomoże polskiej gospodarce”. Według kandydata na prezydenta „ci ludzie [scil. biskupi – red.] mają priorytety w innych miejscach, niż większość”. Następnie wyśmiewał Hołownia postulat otwarcia kościołów w sytuacji, gdy „upadać będą zakłady fryzjerskie, różnego rodzaju sklepy, obowiązywać będzie 1000 różnych restrykcji”. „Najważniejsze, żeby do kościoła mogło więcej ludzi” - mówił kpiarsko.

Taką samą narrację zaprezentował ks. Adam Boniecki; redaktor senior „Tygodnika Powszechnego” w artykule z 13 kwietnia skrytykował głosy domagające się otwarcia kościołów dla wiernych jako wołanie o „przywileje”. Utrzymywał, że trudno mu jest dostrzec motywacje kierujące tymi, którzy chcą, by na Mszę święta przychodzić mogło więcej niż pięciu katolików. Zdaniem ks. Bonieckiego podobne postulaty doprowadzą wyłącznie do tego, że Kościół wyjdzie na takiego, co to „znów zabiegał o bycie beneficjentem przywilejów”.
O co tutaj chodzi?
Można zadać pytanie: o co w tym wszystkim chodzi? Skąd biorą się katolicy, w tym księża, którzy zdają się być zadowoleni z zamknięcia kościołów i braku dostępu do sakramentów? Dlaczego wychwalają tę dramatyczną sytuację jako okazję do oczyszczenia religijności, twierdzą, że Mszę lepiej oglądać niż na niej być? Twierdzą oni, że w historii Kościoła wiele razy chrześcijanie nie mogli spełniać obowiązku niedzielnego, bo nie było księży – czy to w Japonii, czy w krajach komunistycznych. A jednak jak pokazują liczne przykłady, nie tylko z Abiteny, ale także i z czasów znacznie nowszych, by wymienić tylko potajemne Msze święte w Auschwitz: chrześcijanie nigdy nie wahali się ryzykować wszystkiego dla uczestnictwa w Eucharystii. Czy dzisiaj można powiedzieć: zrobiliśmy wszystko, co możliwe, otwierając ogromne katedry dla kilku czy kilkunastu wiernych?
Wydaje się, że ta niesamowita krytyka otwartych kościołów jest wyrazem bardzo głęboko zakorzenionej postawy, którą nazwałbym „eklezjalną ojkofobią”. Dla przedstawicieli katolicyzmu otwartego nic nie jest gorsze, niż katolicyzm polski, z jego pobożnością ludową, długimi kolejkami do spowiedzi wielkanocnej, na tle Europy wciąż dużym odsetkiem dominicantes. Można odnieść wrażenie, że w cytowanych wypowiedziach widać tęsknotę za zupełnie nowym modelem katolicyzmu, takim, w którym wiara przeżywana będzie bardziej prywatnie, częściej poza kościołem; modelem, w którym znaczenia nie będzie mieć już podział na duchownych i świeckich. To katolicyzm głęboko rewolucyjny, naznaczony dążeniem do wywrócenia przyrodzonego porządku i zastąpienia niezmiennych zasad własnym widzimisię. Opisane wyżej postawy cechuje pęd do wymyślenia Kościoła na nowo, przekonanie, że liberalne elity wiedzą lepiej, jak ukształtować wiarę katolicką i formy jej przeżywania. Trudno o większą pychę. Kolejny raz trzeba powtórzyć: strzeżmy się katolicyzmu „otwartego”.
Paweł Chmielewski
Read more: http://www.pch24.pl/katolicy-otwarci-i-nowy-wspanialy-kosciol--bez-ksiedza---i-bez-sakramentow,75793,i.html#ixzz6LXn6pqhu

Do czego Bóg wzywa nas w kryzysie koronawirusa? Grzegorz Górny i Arkadiusz Stelmach
Brakuje dziś interpretacji teologicznej epidemii koronawirusa. W dawnych wiekach podczas zarazy Kościół wzywał zawsze do pokuty. Dzisiaj tak nie jest. Wśród katolików bardzo mało jest głodu sakramentów i pragnienia spotkania z Kościołem. Zamiast tego widać zalęknionych ludzi, poddanych medialnej narracji strachu. O tym mówili na spotkaniu intelektualistów w Bratysławie publicysta Grzegorz Górny i wiceprezes SKCh im. ks. Piotra Skargi Arkadiusz Stelmach.
W słowackiej Bratysławie w dniach 24 – 26 kwietnia odbywa się konferencja Bratysławskie Dni Hanusa. To spotkanie intelektualistów organizowane w stolicy Słowacji od ośmiu lat. Tym razem, w związku z obostrzeniami związanymi z epidemią, odbywało się on-line. W sobotnim panelu „Objawienia fatimskie i obecny kryzys wiary” wzięli udział publicysta i autor Grzegorz Górny oraz Arkadiusz Stelmach, wiceprezes Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi.
Grzegorz Górny podkreślał, że obecna sytuacja wywołana tak zwaną pandemią koronawirusa jest w historii Kościoła katolickiego absolutnie wyjątkowa. - Od 1700 lat, od czasów wyjścia Kościoła z katakumb za Konstantyna, nie było tak, żeby zawieszony był kult publiczny i żeby nie można było normalnie świętować nawet Wielkanocy – powiedział. W jego ocenie trzeba zadać pytanie o teologiczną interpretację kryzysu. - Jeżeli Pan Bóg przemawia przez fakty, to zastanówmy się, co Pan Bóg chce powiedzieć przez odebranie nam możliwości uczestnictwa w Mszy świętej. Można się zastanowić na przykład ilu świętokradczych Komunii w ten sposób uniknięto. Ten kryzys może nam pomóc uświadomić sobie czym tak naprawdę jest Eucharystia, jaką wartość dla nas przedstawia Komunia święta. Jak każdy kryzys, także i ten stanowi dla Kościoła pewną szansę na przyszłość – stwierdził.
Publicysta mówił też o różnych reakcjach na koronawirusa w różnych Konferencjach Episkopatu w krajach chrześcijańskich. - Niektóre episkopaty były bardziej cesarskie niż cesarz, same minimalizowały swoją działalność, nawet gdy państwo tego od nich nie wymagało. Tak było we Włoszech. W Polsce prowadzono rozmowy między państwem a Kościołem. W innych jeszcze krajach – tak było o ile wiem na Słowacji – władze państwowe i Kościół podejmowały decyzje jednomyślne. Są zatem trzy różne modele – wyliczył.
Grzegorz Górny zauważył też, że hierarchowie Kościoła nie stawali w obronie tych kapłanów, którzy łamali restrykcje i odprawiali Mszę świętą dla „nieprzepisowej” liczby wiernych. - To jest sytuacja paradoksalna. Niegdyś odprawiano Msze w katakumbach, a dzisiaj tacy księża są krytykowani przez swoich biskupów – zaznaczył.
Według publicysty biskupom w Europie zdecydowanie zabrakło pewnej kreatywności. Msze święte można było przecież organizować, tyle, że wymagało to poszukania nowych dróg i ścieżek. - W Stanach Zjednoczonych odprawiano na przykład Msze samochodowe. Ludzie siedzieli w autach na wielkiej przestrzeni, a do Komunii podjeżdżali – wskazał.
- Kościół w dawnych wiekach taką kreatywność przejawiał. Czytałem o tym, co robił kardynał Karol Boromeusz podczas zarazy w Mediolanie w XVII wieku. On organizował na przykład nabożeństwa pokutne, ale to wyglądało tak, że ludzie szli po dwóch stronach ulicy, rzędami i między jednym a drugim człowiekiem był odstęp 4 metrów. Wtedy bardzo przestrzegano wszystkich wymogów sanitarnych. Nawet sam kard. Boromeusz wracając do domu całe ubranie wrzucał do gorącej wody, gotował i potem jeszcze polewał octem. Widać było, że kiedyś bardziej dbano o posługę duchową, duszpasterską, starając się zachować wymogi sanitarne. Dzisiaj nie ma myślenia kreatywnego, żeby ludziom umożliwić dostęp do liturgii i sakramentów. Jest pasywne pogodzenie się z tym, co mówi państwo, co każe prawo – podsumował Grzegorz Górny.
Przyznał też, że księża nie mają dziś takich możliwości działania jak dawniej, a to wskutek wymogów ścisłej kwarantanny.
Grzegorz Górny zwrócił ponadto uwagę na problemy finansowe Kościoła, utrzymywanego z tacy, a teraz pozbawionego regularnego wpływu pieniędzy od wiernych. W ocenie publicysty jeżeli obostrzenia będą obowiązywać jeszcze przed dłuższy czas, to kłopoty ekonomiczne Kościoła mogą się okazać naprawdę poważne.
Wreszcie gość Dni Hanusa zwracał uwagę na brak tak potrzebnej dziś interpretacji teologicznej epidemii. - Wcześniej każde takie wydarzenia w historii jak zarazy dżumy, cholery, czarnej ospy, wywoływały w Kościele pewną interpretację teologiczną. Pytano, jak odczytywać epidemie w świetle wiary. Najczęściej było tak, że traktowano to jako wezwanie do pokuty, nawrócenia, bardzo często mówiono, że jest to kara za grzechy. Dzisiaj natomiast widzimy, że bardzo mało jest interpretacji teologicznych. Biskupi, którzy wypowiadają się na ten temat, czasami sprawiają bardziej wrażenie swoistych urzędników ds. sanitarnych, a ich interpretacje są naturalistyczne i medyczne. Za mało jest w tym interpretacji teologicznej. Kategorycznie odrzucają możliwość, ze wirus może być karą za grzechy – stwierdził.
Grzegorz Górny zaznaczył, że dramatycznie brakuje wezwań do pokuty. - Biskupi i w ogóle księża wzywają do modlitwy o ratunek, ale nikt nie wzywa do pokuty. Odnosi się takie wrażenie, jakby słowa pokuta w ogóle zniknęło ze słownika chrześcijańskiego, a zwłaszcza pokuta publiczna za pewne publiczne i strukturalne grzechy.
Publicysta wskazał następnie na relacje między koronawirusem a objawieniami. - Pokuta to jest akurat słowo kluczowe w Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej. Objawienia fatimskie, jak mówił Benedykt XVI, nadal zachowują swoją moc i są aktualne. W trzeciej tajemnicy pojawia się anioł z mieczem ognistym. Ten miecz jest w stanie zniszczyć całą ziemię. Anioł donośnym głosem woła do całej ludzkości: pokuta, pokuta, pokuta. To wezwanie do pokuty powtarza się w bardzo wielu objawieniach: Fatima, La Salette, Akita. Okazuje się, że w wypowiedziach duchownych nie ma dzisiaj tego kluczowego słowa, a więc też takiego nastawienia serca i rozumienia tej rzeczywistości duchowej – stwierdził Grzegorz Górny.
Opowiedział też o różnych nieuznawanych przez Kościół objawieniach czy przepowiedniach, które krążą dziś przede wszystkim w internecie.
- Są to na przykład proroctwa z Trevignano Romano, mówiące o nadejściu wirusa, epidemii z Chin do Europy. To jest proroctwo z września 2019 roku, ale ono jest nieuznane przez Kościół. Bardziej znane są objawienia z Garabandal, co do których Kościół także się nie wypowiedział. W Hiszpanii w latach 1962-1965 kilkoro dzieci miało objawienia Matki Bożej i tam zostało powiedziane, że przyjdzie czas, kiedy wszystkie kościoły właściwie będą zamknięte a ludzie nie będą mogli chodzić na Msze – mówił.
- To był czas zimnej wojny i myślano, że chodzi o komunizm. Wówczas wizjonerkę Conchitę Gonzalez pytano, czy to będzie inwazja Sowietów i oni zamkną wszystkie kościoły. Conchita Gonzalez odpowiedziała, że nie, że to nie ma związku z komunistami, ale to się stanie wówczas, gdy na niebie pojawi się kometa – dodawał.
Kometa teraz się pojawiła, wskazał publicysta. - Pod koniec grudnia obserwatorium na Hawajach zarejestrowało obecność komety Atlas, która zbliża się z wielką prędkością do ziemi. Minie nas, ale będzie widziana gołym okiem na niebie maju. Niektórzy wiążą te objawienie z dzisiejszą sytuacją – powiedział.
Jak podkreślił, w Polsce biskupi sprzeciwiają się takim interpretacjom. - Komisja Nauki Episkopatu Polski wydała oficjalny list, w którym krytykuje różne prywatne objawienia, proroctwa, wizje, sny dotyczące epidemii koronawirusa i mówi, żeby nie przyjmować żadnych interpretacji z takich źródeł. Ale sami biskupi nie dają oficjalnie żadnej interpretacji teologicznej i w ten sposób zostawiają pole dla takich prywatnych proroctw, przepowiedni – ocenił krytycznie.
Na koniec publicysta został poproszony o krótkie podsumowanie obecnego stanu Kościoła katolickiego. - Mamy do czynienia z mentalną inwazją na Kościół przez kulturę laicką. Wielu ludzi Kościoła myśli o sobie i o Kościele w kategoriach obcych chrześcijaństwu. To są kategorie świata liberalnego i postoświeceniowego. Oni nawet nie wiedzą, że takie jest ich myślenie, są przekonani, że tak wygląda chrześcijaństwo. Mogę podać dane o katolikach w Niemczech. Tam tylko 18 proc. katolików uważa, że Bóg jest osobą, która wchodzi w relacje z ludźmi. 82 proc. katolików uważa, że jest On jakąś bezosobową siłą czy fatum albo że w ogóle go nie ma. A przecież są członkami Kościoła katolickiego, są ochrzczeni. Jednak cała ich mentalność jest niechrześcijańska – powiedział Górny. Jak podkreślił, przypomina to czasy kryzysu ariańskiego w IV wieku, gdy większość wyznawców Chrystusa nie była chrześcijanami, tylko arianami, ale nawet o tym nie wiedziała.
Wiceprezes Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi, Arkadiusz Stelmach, zgodził się z diagnozą Grzegorza Górnego w sprawie braku kreatywności. Zaznaczył zarazem, że nie wszędzie jest źle, bo można też podać przykłady bardzo pozytywnego nastawienia i działania kapłanów.
- Mam takie szczęście, że mieszkając w Krakowie mogę uczestniczyć w życiu sakramentalnym w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach. Tam księża zachowali się naprawdę pięknie i byli cały czas dyspozycyjni dla wiernych. Trwała spowiedź, zorganizowana, bardzo pomysłowo, w oddzielnych kaplicach. Każdy, kto przyszedł, mógł się wyspowiadać. W innej kaplicy czekał ksiądz i co kilkanaście lub nawet co kilka minut udzielał wiernym Komunii świętej. To piękny przykład poświęcenia – powiedział Arkadiusz Stelmach.
Przyznał zarazem, że są też przykłady całkowitego zamykania kościołów, co zmusza wiernych do korzystania wyłącznie z transmisji internetowych, telewizyjnych czy radiowych. W szerszym wymiarze, podkreślił, brakuje kreatywności i asertywności Kościoła.
Wiceprezes SKCh zaznaczył, że jesteśmy teraz w przededniu pierwszej niedzieli, podczas którego obowiązywać będzie prawo pozwalające na obecność 1 wiernego w kościele na 15 metrów kwadratowych powierzchni świątyni. W jego ocenie te rozwiązania oznaczają wprawdzie poprawę względem stanu poprzedniego, ale i tak są zdecydowanie niewystarczające. - Byłem wczoraj w jednym z krakowskich marketów budowlanych. Miało się wrażenie, że są tam tłumy. Skoro tam można, to zasady powinny zostać poluzowane także w kościołach – podkreślił.
Arkadiusz Stelmach ubolewał przy tym, że Polacy pozwolili się dość silnie zastraszyć medialnemu przekazowi.
- Jeżeli ktoś cały dzień słucha wiadomości i informacji o kolejnych liczbach ofiar, to robi to na nim wrażenie, odczuwa on atmosferę straszliwej zarazy. A przecież po tych 2-3 miesiącach możemy stwierdzić, że nie ma bynajmniej sytuacji porównywalnej z grypą hiszpańską z czasów orędzia fatimskiego. Myślę, że trzeba analizować i weryfikować medialne informacje – powiedział.

Jak podkreślił, ciekawa debata toczy się na przykład w Niemczech, gdzie specjaliści i wirusolodzy rozmawiają o prawdziwej naturze tej tak zwanej pandemii i dyskutują o sensowności wprowadzanych restrykcji, ostrzegają też przed manipulacjami danymi. - Polega to choćby na tym, że nie można mówić, iż każdy, kto miał koronawirusa i umarł, umarł właśnie z powodu zakażenia. Czeka nas bardzo drobiazgowe sprawdzanie tego, w jakim stopniu tak naprawdę ten wirus jest niebezpieczny – powiedział Arkadiusz Stelmach.
Wiceprezes SKCh mówił ponadto o skutkach społecznych obecnego kryzysu. Powołał się tu na artykuł prof. Grzegorza Kucharczyka opublikowany na łamach portalu PCh24.pl. - Grzegorz Kucharczyk wspomina, że gdy wydarzały się takie kataklizmy jak trzęsienie ziemi w Lizbonie w 1655 roku czy też grypa hiszpanka, to po nich sytuacja nie zmieniała się na lepsze. Nie było otrzeźwienia ani nawrócenia. Sytuację wykorzystywały raczej siły wrogie Kościołowi – i jeszcze bardziej rewolucjonizowały świat – powiedział. Jak dodał rozmówca Słowaków, także teraz istnieje bardzo poważna obawa o to, czy na skutek sprawy koronawirusa nie będziemy mieć do czynienia z przyspieszeniem „postępów” antychrześcijańskiej rewolucji.
Wiceprezes SKCh zwrócił też uwagę na niesprawiedliwe potraktowanie Kościoła katolickiego w porównaniu z różnymi instytucjami czy rozmaitymi obiektami handlowymi; pokazuje to też determinacja władzy do zorganizowania wyborów prezydenckich. Zdaniem gościa „Dni Hanusa” należy zaapelować do teologów moralnych o ocenę tego, czy wprowadzone w Polsce i na świecie ograniczenia wobec kultu katolickiego są adekwatne do skali zagrożenia. Wiceprezes SKCh zauważył, że już dzisiaj widać, iż to właśnie Kościół katolicki może być największym przegranym całej tej sytuacji.
- Niewykluczone, że niektórzy ludzie odzwyczają się od chodzenia do kościoła. Jesteśmy tylko ludźmi, nie aniołami, a trzeba przyznać, że praktyka duchowej Komunii świętej czy wzbudzania w sobie żalu doskonałego wymaga pewnego obeznania, pewnego poziomu życia duchowego. To dże wyzwanie. Patrząc realistycznie można obawiać się, że pewne zwyczaje, ciągłość praktykowania cnót, ulegną rozchwianiu, bo zostało to już teraz na kilka tygodni przerwane – wskazał.
- Część osób może pójść na łatwiznę, uznać, że skoro nie ma pewności, że uda im się wejść do kościoła na Mszę, to skorzystają z możliwości wysłuchania jej przez internet, telewizję czy radio. To może spowodować spadek liczby dominicantes, chodzących co tydzień do kościoła, także po kryzysie. To zagrożenie sprywatyzowaniem religijności, według modnego w kręgach antyklerykalnych hasła: módl się w domu po kryjomu – dodał wiceprezes SKCh.
Arkadiusz Stelmach wskazał też, że brakuje dzisiaj głodu sakramentów, pragnienia przyjścia do kościoła. - Nie widzę tego, by ludzie przychodzili choćby stanąć przed drzwiami zamkniętego kościoła, bo wiedzą, że tam jest Najświętszy Sakrament. Widzę za to ludzi zalęknionych, którzy dali się zastraszyć medialnemu przekazowi. Trzeba apelować o poczucie wiary katolickiej i rozbudzać głód kontaktu z Kościołem – podkreślił.
Gość „Dni Hanusa” powiedział też, że w przyszłości będziemy pewnie ze smutkiem wspominać obecne dni, jako czas, w którym nie zrobiliśmy wszystkiego tak, jak trzeba. - Będziemy to wspominać z wielkim smutkiem. Myślę, że przyjdzie czas opamiętania, że jako Kościół, jako duchowni i świeccy, nie zrobiliśmy wszystkiego, aby zrobić to jak najlepiej. Byliśmy za bardzo zastraszeni i za bardzo ulegli, za mało pragnący Kościoła, a za bardzo skoncentrowani na własnym zdrowiu. Zakłóceniu uległa hierarchia dóbr – wskazał.
Arkadiusz Stelmach wezwał też, by obecny czas wykorzystać do pokazania starej katolickiej prawdy: że naszym celem i realnością jest wieczność. - To wielka szansa, by obudzić w ludziach głód nadprzyrodzoności, często stłumiony przez pogoń za dobrami materialnymi i przyjemnościami. Dziś pęka doświadczenie wieży Babel, pęka wiara, że zbudujemy świat bez Boga. Dzisiejsza sytuacja to dla Kościoła szansa. Trzeba przypominać, że nasze życie tu na ziemi nie jest wieczne. I jest ważne, gdzie będzie nasza wieczność – czy razem z Panem Bogiem, czy też w tym innym, strasznym miejscu, z księciem ciemności – powiedział.
Read more: http://www.pch24.pl/do-czego-bog-wzywa-nas-w-kryzysie-koronawirusa--grzegorz-gorny-i-arkadiusz-stelmach,75614,i.html#ixzz6Kpydenjb

Ks. Daniel Wachowiak: Pandemia oczyszcza Kościół
„Przypuszczam, że gdy stan epidemii minie, niektóre niekochające Kościół media, dość szybko narzucą narrację, która stanie się kolejną wymówką, aby nie uczestniczyć w życiu Kościoła. Wiele tu zależy od ludzi wpływowych w Kościele, czy wyprzedzą ową antyklerykalną narrację, głęboką eklezjalną i biblijną katechezą” – mówi ks. Daniel Wachowiak w wywiadzie, który ukazał się na łamach serwisu Codzienna.net.
Jak zmieni się Kościół po pandemii koronawirusa?
W zasadzie Kościół się nie zmieni, bo Jego główną Składową jest Chrystus, a wiemy, ze Bóg jest niezmienny. Każda okoliczność prowadząca Kościół do oczyszczenia, ukierunkowująca na najważniejszego, czyli na Jezusa, jest dla Kościoła dobra. Mam zatem nadzieję, że po pandemii Kościół będzie jakby bardziej Chrystusowy.
Czy będzie więcej wiernych, w myśl zasady „jak trwoga to do Boga”, czy odwrotnie – ludzi teraz będą oglądać mszę św. w TV?
Uważam, że epidemia nie stanie się źródłem kryzysu Kościoła, ale go szybciej pokaże. Od lat borykaliśmy się w polskim katolicyzmie z ogromną ilością problemów. Dostrzegaliśmy płytkość wiary, wybiórcze traktowanie sakramentów, u wielu brak przełożenia wiary na codzienność. Jak zatem zachowają się tzw. letni katolicy? Dla wielu udzielona dyspensa od uczestnictwa we Mszy Św. jest “na rękę”. I tak robili wiele, aby niedzielnej Liturgii unikać, a jak się na nie zjawiali, to traktowali ją jak rodzaj męczarni. Przypuszczam, że gdy stan epidemii minie, niektóre niekochające Kościół media, dość szybko narzucą narrację, która stanie się kolejną wymówką, aby nie uczestniczyć w życiu Kościoła. Wiele tu zależy od ludzi wpływowych w Kościele, czy wyprzedzą ową antyklerykalną narrację, głęboką eklezjalną i biblijną katechezą. Katecheza ta – jeśli nie pomoże w oddaleniu teologicznego zamętu, albo co gorsza nawet go pogłębi – przegra z myśleniem zlaicyzowanym. Mówiąc o duszpasterskim zamęcie mam na myśli to wszystko, co się działo w nauczaniu Kościoła, a co stawało się nieczytelne w ostatnim czasie dla wielu katolików: “Komunia na rękę, czy do ust? Jeśli biskupi zarządzili, że nieuczestniczenie w niedzielnej Mszy to nie grzech, a nawet zachęcali, by nie chodzić do kościoła, to dlaczego mam słuchać biskupów? – mogę być katolikiem bez pośredników pozostając w domu”. Finalizując, osobiście uważam, że nastąpi spadek uczestników niedzielnej Eucharystii, ale nie będzie on efektem pandemii, tylko słabej wiary sprzed epidemii.
Czy uzasadniona jest teza, że wspólnota Kościoła, oczyści się z fałszywej pobożności, że pandemia urealnia nasze osobiste relacje z Bogiem?

Mam nadzieję, że moi parafianie codziennie modlą się i dbają o relację z Bogiem. Jeśli tak jest – uważam, że wyjdą z tego trudnego czasu silniejsi! Jeśli jednak przeciągający się czas potraktują jak wakacje od Boga, dodatkowo przez leniwą naturę człowieka skażoną przez grzech pierworodny oddalą się od wiary, staną się jeszcze bardziej obojętni religijnie, niż przed pandemią. Na Pana pytanie dokładnie nie można teraz odpowiedzieć, gdyż nie mamy jeszcze odpowiedzi na kwestię: jak długo potrwa tzw. narodowa kwarantanna? Od czasu zależy, ilu stopniowo oddalających się od Chrystusa, my jako Kościół jesteśmy w stanie z tej fatalnej drogi zatrzymać. Im dłużej kościelny kontakt będzie z nimi utrudniony, tym jest większe niebezpieczeństwo na ich duchowe nieszczęście.
Co zauważył ksiądz u swoich wiernych, czy przeważał lęk przed zakażeniem, czy ufność w wolę Bożą?
Z lękami się nie dyskutuje, je się oswaja, oddaje Bogu. One są olbrzymim – często nieracjonalnym stanem człowieka. Każdy poniekąd ma do tego prawo. Nawet Maryi, która jest wzorem zaufania Woli Bożej, Bóg przez Archanioła mówi: nie lękaj się. Nawet jeśli teraz wielu uciekło jak uczniowie do Emaus, zwątpiło jak Piotr, to Jezus i tak jest w stanie wejść przez drzwi ich zamkniętych serc. Mogę i chcę jedynie mówić: “nie lękajmy się, otwórzmy drzwi Chrystusowi, Jezu, Ty się tym zajmij”. Wypowiadając codziennie te słowa, sam po sobie widzę, że Pan przemienia mój strach w Pokój, który jest Jego darem. Pokój, którego sam nigdy nie mógłbym sobie wypracować. Daje akceptację rzeczy, które prędzej czy później i tak mnie spotkają, np. śmierć.
Czy pandemia jest znakiem apokaliptycznym, czy kończy się czas kościoła masowego, a wraca – domowych wspólnot chrześcijańskich?
Czasy Ostateczne trwają od 2000 lat. Jest wiele znaków apokaliptycznych. Walka diabła o zniewolenie człowieka trwa nieprzerwanie od raju. Mając świadomość, że tak jest, trzeba uznać, że i pandemia stanowi dla diabła pole do popisu. On zapewne chce ją wykorzystać, wzbudzając w nas obrzydzenie do Opatrzności Bożej, wątpliwości w sensowność oddawania swego życia pod kontrole Boga. Chce podważyć dobroć Boga – bo przecież, gdzie jest Stwórca, skoro na ziemi panoszy się tyle epidemicznych niebezpieczeństw dla człowieka? Kto trwał do tej pory w Słowie Bożym, nie dziwi się, ochłonąwszy po pierwszych emocjach z początków epidemii, kruchą biologiczną kondycją człowieka, ulotnością nowożytnych wież Babel. Ludzkość, która chciała zapomnieć o uniwersalnych Prawdach, chcąc budować losy świata z podniesionym nosem do góry, przewróciła się o jeden wirus. Wiele razy ludzkość wpadała w różne tarapaty. Nie jesteśmy pierwsi. Jeśli tym bardziej zrozumiemy swoją nie-wyjątkowość tym lepiej dla odnowienia w nas pokory.
Czy będziemy bardziej domowymi wspólnotami i już nie masowym Kościołem?
Od lat uważałem, że jedyną drogą do uzdrowienia Kościoła jest właśnie spadek liczby na rzecz jakości. To się powoli w Polsce stawało. Epidemia jednak zmienia wiele. Dotychczasowe hipotezy, nawet bardzo słuszne, mają na swej drodze nieoczekiwany przypadek. W zależności jak długo potrwa i przez to jakie pokłady dobra w nas odkryje (np. tęsknota za bliskością, pragnienie przyjaźni, wspólnoty, etc.), jakie zranienia wyrządzi ludziom (praca, śmierci bliskich, etc.), ale też jakie wykrzywienia XXI wieku zniesie (np. kliniki aborcyjne, dewiacje osobowościowe, seksualne, etc.) będziemy mogli wyciągać wnioski.
Bardzo dziękuję za rozmowę!



Ważna uwaga papieża: To bardzo trudna sytuacja. Nie można przenieść Kościoła i sakramentów do wirtualnego świata
Kościół jest w trudnej sytuacji, nie można przenieść sakramentów do wirtualnego świata - mówił papież Franciszek podczas piątkowej mszy w Domu świętej Marty w Watykanie. Podkreślił, że obecne specjalne kroki podejmowane w związku z koronawirusem są po to, by „wyjść z tunelu”.
Papież zwraca uwagę na niebezpieczeństwo dla Kościoła
Papież powiedział, że odprawianie mszy bez wiernych to „niebezpieczeństwo”. Tak odniósł się do obecnej sytuacji pandemii, w której także w jego mszach od kilku tygodni nie uczestniczą wierni.
Nie można, jak dodał Franciszek, „przenieść do wirtualnego świata Kościoła, sakramentu, ludu”. Obecnie trzeba odprawiać msze na odległość, ale po to, „by wyjść z tunelu, a nie po to, by w nim pozostać” - zaznaczył.
Jak powiedział papież, to co dzieje się teraz, to „Kościół w trudnej sytuacji”.

„Tylko wspólnota jest Kościołem”
W homilii w kaplicy Domu świętej Marty Franciszek wyraził przekonanie, że transmisji mszy i „duchowej komunii” nie można uznać za normalny sposób przeżywania wiary, bo „tylko wspólnota jest Kościołem”.
Kościół jest z ludem i z sakramentami
— mówił papież.
Podczas mszy Franciszek modlił się za kobiety w ciąży, które niepokoją się epidemią.
Niech Bóg da im odwagę
— powiedział.
Prof. Kucharczyk: Antychrześcijański świat po pandemii. Będzie tak samo, tylko bardziej
Czy i jak zmieni się świat po pandemii koronawirusa? Czy może nastąpi jakieś globalne otrzeźwienie, a mówiąc językiem bardziej religijnym – nawrócenie się, odejście od ideologii niszczących nasze życie publiczne i kulturę? Sięgnijmy do historii.
Czego uczy historia dawnych pandemii
W latach czterdziestych wieku czternastego tzw. czarna śmierć (epidemia dżumy) zdziesiątkowała populację naszego kontynentu. Według szacunków zginęła trzecia część całej europejskiej populacji, a niektórzy historycy twierdzą, że ofiar było więcej. Słowem: straszliwy kataklizm, przy którym dzisiejsza pandemia wydaje się drobnym wstrząsem.
Kilkanaście lat po ustaniu „czarnej śmierci” Francja i Anglia – dwa najpotężniejsze królestwa zachodniej christianitas wznowiły długoletni konflikt (zawieszony z powodu dżumy), który przeszedł do historii jako wojna stuletnia. Mniej więcej trzy dekady po ustaniu epidemii Kościół wszedł w jeden z najcięższych kryzysów w swoich dziejach wywołany rozbiciem papiestwa (1378) na Rzym i Avignon.
Wydawać by się mogło, że właśnie w epoce średniowiecza, gdy ludzie (świeccy i duchowni) mieli o wiele bardziej niż dzisiaj wyostrzone poczucie, że takie klęski elementarne jak zaraza powinny być rozpatrywane przynajmniej jako dopust Boży (jeśli nie wprost jako Boża kara), że modlitwom o Boże miłosierdzie powinno towarzyszyć modlitwa o nawrócenie (kto o tym dzisiaj pamięta?) – niejako w sposób naturalny można by oczekiwać otrzeźwienia serc i umysłów po takim straszliwym kataklizmie jak „czarna śmierć”. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
Czy szalejąca na początku osiemnastego wieku epidemia dżumy w Europie Środkowej (w czasie wojny północnej tylko w Prusach Wschodnich pochłonęła 200 tysięcy ofiar) lub ta sama epidemia w Marsylii w 1728 roku, czegoś ludzi tamtej nauki nauczyła? Z pewnością trafiła do niejednego sumienia, ale przecież salonowe oświeceniowe elity stwierdziły, że trzeba robić swoje, tylko bardziej. Podobnie jak po tragicznym trzęsieniu ziemi w Lizbonie w 1755 roku markiz Pombal tym gorliwiej wcielał w życie swoje ‘postępowe” reformy (zaczynając od wypędzenia, wierzącego wtedy mocno Towarzystwa Jezusowego), a Wolter potraktował tą katastrofę jako dodatkową okazję do nakręcania antykatolickiej histerii.
Popatrzmy na to, co działo się na naszym kontynencie sto lat temu, gdy szalała epidemia grypy „hiszpanki”, która na przełomie 1918 i 1919 roku pochłonęła więcej ofiar niż zakończona 11 listopada 1918 roku pierwsza wojna światowa. W samych Stanach Zjednoczonych (skąd wraz z armią amerykańską zdążającą na fronty Wielkiej Wojny „hiszpanka” przybyła do Europy) zginęło z powodu tej epidemii ok. 675 tysięcy osób, a więc dziesięć razy więcej niż zginęło żołnierzy amerykańskich na frontach pierwszej wojny światowej.
Czy nastąpiło jakieś otrzeźwienie? Było tak samo tylko bardziej. W Rosji bolszewicy dokończyli swoją straszliwą rewolucję, w 1922 roku były socjalista B. Mussolini przejął władzę we Włoszech, w pokonanych Niemczech i w zwycięskiej (formalnie) Francji szerzyły się wszelkiego typu wynaturzenia w sztuce i tzw. kulturze popularnej, Stany Zjednoczone weszły zaś w fazę tzw. wspaniałych lat dwudziestych, czyli szaleństwa spekulacji finansowych zakończonych w 1929 roku wielkim krachem. W Chicago swoje przestępcze imperium budował Al Capone, a w Nowym Jorku włoska mafia.
Koronawirus i inne współczesne zarazy
Nie mam złudzeń, że podobnie (to znaczy – tak samo tylko bardziej) będzie po ustaniu obecnej pandemii. Nie tylko historyczne analogie o tym przekonują, ale przede wszystkim to, co dzieje się na naszych oczach. Oto parę przykładów z ostatnich dwóch – trzech tygodni, a więc z czasu, gdy mogło wydawać się, że cała ludzkość skupiła się na walce z koronawirusem. Mogło się wydawać. Tymczasem:
Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ustami swojej rzeczniczki (lekarki z zawodu) Antonelli Lavalanet na początku kwietnia orzekła, że mimo skierowania wysiłków służby zdrowia na całym świecie na niesieniu pomocy ludziom dotkniętym COVID-19, aborcja powinna być traktowana jako „istotna przysługa”. Zgodnie z tym przyjęte przez WHO wytyczne na czas walki z obecną pandemią podkreślają, że walka z o jej wygaszenie nie może odbywać się „kosztem wolności wyboru kobiet”, czytaj: gwarancji swobodnego zabijania swoich dzieci przed urodzeniem.
Największy aborcyjny koncern w USA, a tym samym i największa fabryka śmierci na całym świecie – Planned Parenthood oprotestowała fakt, że przyjęty w marcu przez Kongres USA pakiet pomocowy na czas „koronakryzysu” dla amerykańskiej gospodarki w wysokości dwóch bilionów dolarów nie przewiduje pomocy finansowej dla organizacji aborcyjnych jak wspomniany koncern.
Zarabiające krwawe dolary na zabijaniu nienarodzonych dzieci i handlowaniu ich organami aborcyjne lobby cały czas protestuje przeciw wprowadzanym przez kolejne stany amerykańskie moratoria na wykonywania owych „zabiegów” w czasie pandemii. Gdy taką decyzję podjął pod koniec marca gubernator Teksasu (jednego z największych stanów USA) Greg Abbott, Planned Parenthood zaskarżyła tą decyzję do sądu. W pierwszej instancji aborcjoniści wygrali, jednak sąd apelacyjny przyznał rację gubernatorowi. Szefowa Planned Parenthood Alexis McGill Johnson skwitowała decyzję sądu drugiej instancji stwierdzeniem, że odbieranie kobietom „prawa do aborcji” jest czynem „pozbawionym serca”. Gubernator Teksasu wykazuje się zaś według niej „perwersyjną obsesją zakazywania aborcji”.
W Wielkiej Brytanii konserwatywny (sic) rząd Borisa Johnsona zaleca w czasie epidemii dokonywanie tzw. aborcji domowych z użyciem „środków wczesnoporonnych”.
Na łamach „Vatican News” w marcu ukazał się artykuł o. Benedicta Mayaki (jezuity), który stwierdził, że koronawirus stał się „nieoczekiwanym sprzymierzeńcem Ziemi”, a to na skutek zmniejszenia użycia energii, ograniczenia podróży samolotami, etc. Po fali oburzenia tym bezdusznym (wobec ofiar pandemii) i bezrozumnym (ulegającym ideologii „ekologizmu integralnego”) tekstem, został on zdjęty przez Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej.
Również w marcu wykładowczyni katolickiej teologii dogmatycznej na Uniwersytecie w Erfurcie Julia Knop na swoim blogu wyraziła swoje oburzenie z powodu ujawniania się coraz liczniejszych przykładów „retrokatolicyzmu”. W ten sposób pani teolog skomentowała zawierzanie w ostatnich tygodniach kolejnych diecezji niemieckich Niepokalanemu Sercu Maryi oraz procesje eucharystyczne w intencji oddalenia zarazy.
1 kwietnia w nowej edycji Rocznika Stolicy Apostolskiej – Annuario Pontifico z tytulatury papieża Franciszka zniknął tytuł „Namiestnika Chrystusowego”. Jak skomentował ten fakt kardynał Gerhard Muller, b. prefekt Kongregacji Nauki Wiary, mamy w tym przypadku do czynienia z „teologicznym barbarzyństwem”. Niemiecki kardynał zwrócił dodatkowo uwagę na to, że mamy do czynienia również z dużą dozą hipokryzji ukrywającej się pod płaszczykiem pokory. Istotnie, w nowej wersji Annuario Pontifico na pierwszym miejscu „pokornie” widnieje imię i nazwisko obecnego papieża. W poprzedniej wersji było poprzedzone „historycznym”, dlatego skazanym na usunięcie, tytułem „Namiestnika Chrystusa”. Prof. Armin Schwibach na łamach austriackiego portalu kath. net skomentował tą zmianę następująco: „jeśli nie jest to primaaprilisowy żart, to wygląda na to, że Watykan kontynuuje rozmontowywanie wszystkiego”.
W Niedzielę Palmową o. Holger Adler, jezuita (św. Ignacy – módl się za nami!) duszpasterz akademicki w Monachium odprawiał Msze Świętą, która drogą internetową dostępna była dla wiernych. Wcześniej o. Adler rozdawał studentom ze swojej grupy duszpasterskiej „pakiety mszalne”. W paczuszce do wzięcia do domu była palemka, pojemniczek z wodą święconą oraz … konsekrowana Hostia z dołączoną prośbą „o odpowiedzialne obchodzenie się”.
Nie otrzymujemy, bo źle się modlimy
Jeśli ktoś myśli, że po ustaniu pandemii nastąpi jakieś automatyczne zwrócenie się ludzkości ku Chrystusowi jest w głębokim błędzie. Ludzie o zatwardziałych sercach liczą swoje straty finansowe z powodu „koronakryzysu”. Dla nich każda uratowana istota ludzka przez moratorium na wykonywanie kary śmierci wobec nienarodzonych, jest uszczerbkiem w dochodach. Z kolei wśród tylu modlitw ludzi dobrej woli o ustanie pandemii, nie ma właściwie wezwań do nawrócenia. Wydaje się, że nawet dla wielu pasterzy Kościoła w tym niepewnym czasu jeden jest pewnik: pandemia z pewnością nie jest Bożym dopustem, dlatego też nie należy modlić się o odwrócenie Bożego zagniewania. Jak pisał św. Jakub Apostoł w swoim liście: „nie otrzymujecie, bo źle się modlicie”.
Katolicka pisarka i publicystka (znana z publikacji o destrukcyjnej roli ideologii gender) Gabriele Kuby jakże celnie zauważyła 7 kwietnia, że „jeśli dla jakiegoś biskupa najważniejszym wyzwaniem pozostaje ciągle „kwestia kobieca w Kościele”, to rzeczywiście nie ma on nic do powiedzenia ludziom będącym w niebezpieczeństwie”.
Droga męstwa
Wielkim znakiem nadziei są rozsiani na całym świecie mężni ludzie Kościoła, którzy tą cnotę w heroiczny sposób pokazują w czasie zarazy. Jak pewien włoski ksiądz, który oddał swój respirator bardziej choremu, młodszemu człowiekowi, co przypłacił ofiarą ze swojego życia. Jak księża, którzy odprawiają „podziemne” Msze Święte. Jak miliony ludzi modlących się (także u nas) codziennie na różańcu o ustanie pandemii. Św. Tomasz z Akwinu uczy, że na cnotę męstwa składają się dwa akty: wytrwania i natarcia. Przekładając to na naszą obecną sytuację: chodzi o wytrwanie w modlitwie i „natarcie” uczynkami miłosierdzia.
Warto pamiętać, że Kościół uczy o dwóch rodzajach uczynków miłosiernych, względem duszy i względem ciała. Te pierwsze, zważywszy na dobro duszy nieśmiertelnej, mają nawet większa wagę od tych drugich. Świat po pandemii, w tym także nasza Ojczyzna, będzie potrzebował tych miłosiernych uczynków w dwój – a może i trójnasób. Chodzi więc o miłosierny „blask prawdy”; prawdy – jak zawsze przypominał Prymas Tysiąclecia – czynionej w miłości (veritas in caritate).
Czas zarazy przypomina prawdy zapomniane, w tym tą najważniejszą, że nie jesteśmy samowystarczalnymi demiurgami. Po ustaniu epidemii należy spodziewać się usilnych i wielorakich starań w skali globalnej, aby tą prawdę ponownie głęboko ukryć. Ale przecież bez prawdy o nas samych, o naszej kondycji bytów stworzonych, a więc zależnych od Stwórcy, a jednocześnie dzieci Bożych – a więc dysponujących dzięki temu niezmierzoną godnością, daleko nie ujedziemy i w ten sposób ta lekcja pandemii zostanie przez nas zmarnowana.
Co zapamiętamy z postawy naszych pasterzy w czasach zarazy? Gorliwość? Tak. Usilne nawoływania? Tak. Stanowczość? Tak. Tyle, że to wszystko oddane na służbę wykonywania kolejnych sanitarnych zarządzeń (restrykcji) władz państwowych. Dawno już nadszedł czas, że „należy wymagać od siebie, nawet wtedy, gdy inni od nas wymagać nie będą’ (św. Jan Paweł II).
Wymogiem chwili jest odnowienie naszej wiary w Realną Obecność Chrystusa w komunii świętej. Jakby Ktoś wzywał do przypomnienia nauki o transsubstancjacji. Od 2013 roku przechodzimy (przechodzimy?) intensywną katechezę o Kościele i papiestwie. Teraz ten Ktoś zaprasza do odnowienia naszej wiary i wiedzy o Najświętszej Eucharystii. Trzeba tego od siebie wymagać i nie miejmy złudzeń, w świecie po pandemii coraz bardziej będziemy zdani w tym względzie na samych siebie. Trzeba będzie odszukać naukę Ojców i Doktorów Kościoła, powrócić do ważnych encyklik papieskich, poszukać w Internecie wartościowych rekolekcji i nauk. Skoro zdecydowana większość pasterzy (nie tylko u nas) Kościoła z szacunku dla dzieła św. Jana Pawła II postanowiła nie otwierać encykliki „Fides et ratio”, w której papież wzywał do budowania na zdrowej, metafizycznej filozofii, zdrowej teologii (w obu przypadkach mistrzem ma być Doktor Anielski), z której wyrasta właściwa formacja kapłanów, którzy w ten sposób są duszpasterzami nie ukrywającymi przed ubogimi (tj. przed nami wszystkimi) skarbów wiary – to musimy tego wymagać od siebie.
Jak nazwać się będzie nasza odpowiedź na te wyzwania, to rzecz drugorzędna. Nie tsunami kryzysu gospodarczego, ale tsunami kolejnej fazy Rewolucji po pandemii będzie najgorsze. Dom zbudowany na piasku nie ostoi się. Trzeba oprzeć się o Skałę.
Grzegorz Kucharczyk
DATA: 2020-04-14 12:51AUTOR: PROF. GRZEGORZ KUCHARCZYK